Życie bez małych wezwań

Shhh! Less talk, more action, glamorous woman making silence gesture with finger on lips comic book pop art style vector poster illustration

Doradztwo prawne wymaga sporej czujności i refleksu. Problem w tym, że nie dotyczy to jedynie prawnych potyczek i nieoczekiwanych ruchów przeciwnika w sporze. Obecnie stan niepewności i ciągłej zmiany rozciąga się na obszar legislacji. Od kilku lat dyskutowany jest problem kompleksowej reformy przepisów o znacznych pakietach akcji. Wysokość progów wezwań, czyli problem od jakiego poziomu możemy mówić o kontroli nad spółką, wezwania dobrowolne, cena wezwania i jej obliczanie np. przy pośrednim nabywaniu akcji, to jedynie kilka kluczowych problemów jakie były przez ten czas dyskutowane. W poprzedniej kadencji Ministerstwo Finansów przygotowało nawet projekt odpowiedniej ustawy. Z kompleksowej i przemyślanej nowelizacji nic jednak nie wyszło. Zamiast tego mamy ekspresową małą nowelizację[1], dotyczącą nomen omen małych wezwań.

Zastanawiający, ale niestety zgodny z obecnymi standardami legislacyjnymi jest przebieg prac parlamentarnych nad tą nowelizacją. Projekt ustawy, oczywiście jako projekt poselski, więc z nikim nie konsultowany, wpływa do Sejmu 10 stycznia 2017 r. Pierwsze czytanie w komisjach już 17 stycznia, a drugie na posiedzeniu Sejmu 25 stycznia. Ustawa idzie jak burza i już następnego dnia, zapewne po kolejnych analizach i gorących dyskusjach odbywa się trzecie czytanie. Już 1 lutego, ku zaskoczeniu wszystkich Senat nie wniósł żadnych poprawek, a Prezydent podpisał ustawę 21 lutego. Publikacja 2 marca i ustawa wejdzie w życie po kolejnych dniach czternastu.

Można powiedzieć, że zmiany ustaw nie powinny odbywać się bez analiz, konsultacji i refleksji. Z drugiej strony, może nie ma o co kruszyć kopii, skoro treść tej nowelizacji w zasadzie sprowadza się do wykreślenia z ustawy o ofercie przepisu art. 72. Pozostałe zmiany „mają charakter wynikowy i stanowią konsekwencję uchylenia wymienionego przepisu[2].

Przepis art. 72 ustawy o ofercie jeszcze przez kilka dni przewiduje obowiązek ogłaszania wezwań w sytuacji, gdy nabywanie akcji nie powodowało przekroczenia progów 33%, albo 66% ogólnej liczby głosów. Zasadą było, że nabycie akcji spółki publicznej w liczbie powodującej zwiększenie udziału w ogólnej liczbie głosów o więcej niż:

  • 10% ogólnej liczby głosów w okresie krótszym niż 60 dni, przez podmiot, którego udział w ogólnej liczbie głosów w tej spółce wynosi mniej niż 33%;
  • 5% ogólnej liczby głosów w okresie krótszym niż 12 miesięcy, przez akcjonariusza, którego udział w ogólnej liczbie głosów w tej spółce wynosi co najmniej 33%,

– może nastąpić, wyłącznie w wyniku ogłoszenia wezwania.

Uchylenie przepisu art. 72 ustawy o ofercie powoduje, że nabywanie znacznych pakietów akcji spółek publicznych, które nie będzie związane z przekraczaniem progu 33% lub 66%, nie rodzi obowiązku ogłaszania wezwania.

Całość można zbyć twierdzeniem, że nic wielkiego się nie stało. Obowiązek ogłaszania małych wezwań był na różne sposoby omijany. Jednak trzeba zauważyć, że wykreślenie tego przepisu niestety nie zostało powiązane z wprowadzeniem do naszego prawa zapowiadanej instytucji dobrowolnych wezwań. Skutkiem tego, tam gdzie nie dojdzie do przekroczenia ustawowego progu nabycie znacznego pakietu akcji nie będzie mogło być przeprowadzane na zasadzie oferty kierowanej do wszystkich inwestorów. Zamiast zwiększenia transparentności rynku i promowania otwartych ofert, mamy wręcz wymuszoną brakiem regulacji konieczność zawierania transakcji poza rynkiem. W tym kontekście, raczej, jako słaby żart należy odbierać  zawarte w lakonicznym uzasadnieniu projektu stwierdzenie, że rezygnacja z małych wezwań „nie będzie równoznaczna z umożliwieniem „cichego” przejmowania kontroli nad spółkami publicznymi, bowiem na akcjonariuszach spoczywa obowiązek notyfikacyjny związany z nabywaniem znacznych pakietów akcji spółek publicznych”. Cicho oczywiście nie będzie, bo akcjonariusze będą mogli sobie spokojnie oglądać komunikaty o zmianach w ich spółce i głośno zgrzytać zębami.

[1] ustawa z dnia 26 stycznia 2017 r. o zmianie ustawy o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych (Dz.U.2017.452), opublikowana w dniu 2 marca 2017 r.

[2] uzasadnienie projektu Nowelizacji, druk sejmowy nr 1231, s. 1

SN o przymusowym wykupie akcji

Big hand and cartoon businessman - squeezingZ prawomocnymi orzeczeniami nie dyskutuje się. Na szczęście można je komentować. Takiej uwagi wymaga ostatnia uchwała Sądu Najwyższego dotyczącą przymusowego wykupu akcji[1]. Sąd stwierdził w niej, że akcjonariusze mniejszościowi tracą status akcjonariuszy spółki z dniem uiszczenia przez akcjonariuszy większościowych ceny wykupu ustalonej przez biegłego wybranego przez walne zgromadzenie.

Niestety, taki – moim zdaniem błędny – wniosek na długie lata ukształtuje orzecznictwo sądowe. Jakby tego było mało to ta kontrowersyjna teza została wyjątkowo słabo uzasadniona. Uzasadnienie wyroku nie tworzy spójnej całości, ale jest raczej zbiorem dość luźno przedstawionych uwag i poglądów związanych z przymusowym wykupem. W efekcie, zamiast spójnego i dobrze uargumentowanego poglądu mamy zbiór wątpliwych twierdzeń, poprzetykany niedopowiedzeniami, w całości oparty o delikatnie mówiąc kontrowersyjne założenie.

Sąd Najwyższy stwierdził, że przymusowo wykupywany akcjonariusz przestaje być akcjonariuszem w momencie, gdy akcjonariusz wykupujący uiści cenę wykupu ustaloną przez biegłego. Cały problem powstał na gruncie wykładni pozornie jednoznacznego art. 418 § 3 KSH, który stwierdza; „Do dnia uiszczenia całej sumy wykupu akcjonariusze mniejszościowi zachowują wszystkie uprawnienia z akcji.”.

Procedura przymusowego wykupu w uproszczeniu przebiega następująco:

  1. Akcjonariusze większościowi zgłaszają spółce żądanie dokonania przymusowego wykupu.
  2. Zarząd spółki zwołuje walne zgromadzenie.
  3. Walne zgromadzenie podejmuje uchwałę o przymusowym wykupie i wybiera biegłego, który dokona wyceny akcji spółki.
  4. Biegły przedstawia wycenę akcji.
  5. Akcjonariusze wykupujący wpłacają łączną kwotę wykupu do spółki.
  6. Spółka wypłaca akcjonariuszom wykupywanym cenę wykupu.

Schody zaczynają się w momencie, gdy akcjonariusze mniejszościowi nie są zadowoleni z ceny wykupu określonej przez biegłego. Warto zwrócić uwagę, że biegły działa na zlecenie spółki i przez spółkę jest opłacany. Spółka zaś jest kontrolowana (na poziomie co najmniej 95%) przez akcjonariuszy większościowych. Prognozy i dane są zaś biegłemu przedstawiana przez zarząd spółki. Truizmem jest stwierdzenie, że zwykle nie są zbyt optymistyczne, a wycena jest delikatnie mówiąc ostrożna. Na szczęście, akcjonariusz mniejszościowy może zwrócić się do sądu rejestrowego, który przy pomocy jednej lub nawet kilku opinii biegłych określi wartość rynkową (godziwą) przymusowego wykupu.

W tym kontekście istotne jest pytanie, w którym momencie akcjonariusz wykupywany przestaje być akcjonariuszem. Sąd Najwyższy ograniczył się do wskazania dwóch możliwości interpretacyjnych, wskazując moment zapłaty: (1) całej ceny określonej prawomocnym orzeczeniem sądu rejestrowego, (2) całej ceny określonej przez biegłego, wybranego przez walne zgromadzenie. SN opowiedział się za drugim stanowiskiem. Skutkiem tego, określanie ceny godziwej przez sąd rejestrowy będzie dotyczyło już przeważnie byłych akcjonariuszy. Kolejność zdarzeń będzie następująca: (i) określenie ceny wykupu przez biegłego wybranego przez walne zgromadzenie, (ii) zapłata ceny określonej przez takiego biegłego i przejęcie 100% akcji przez większościowych akcjonariuszy, (iii) walka w sądzie o określenie ceny rynkowej (godziwej) akcji przymusowo wykupywanych – inicjatywa i koszty oczywiście po stronie akcjonariuszy mniejszościowych, (iv) określenie ceny rynkowej (godziwej) przez sąd rejestrowy, (v) zapłata brakującej części ceny godziwej (różnica pomiędzy ceną godziwą a zapłaconą wcześniej ceną określoną przez biegłego powołanego przez walne zgromadzenie), albo walka w sądzie o zapłatę tej ceny w ramach nowego procesu o zapłatę!

Przy zaproponowanej przez Sąd Najwyższy interpretacji, różnica w sytuacji prawnej stron jest wręcz szokująca. Większościowi mają wszystko od razu podane wręcz na tacy, a mniejszościowi muszą  sobie wszystko wyszarpać. Wszystko, zwykle w kontekście co najmniej znaczącej dysproporcji ekonomicznej stron. Uzasadnienie tej kontrowersyjnej tezy woła o pomstę do nieba:

  • Podstawa aksjologiczna jest kluczowa. SN uderzył więc między oczy, stwierdzając, że „funkcją instytucji przymusowego wykupu jest jak najszybsze usunięcie akcjonariuszy mniejszościowych ze spółki”. Nie ma tu miejsca na dobre dla lekkoduchów dywagacje i ważenie interesów stron. Mniejszościowy ma zniknąć jak najszybciej. Horrendalne jest pominięcie aspektu zapewnienia by cena należna akcjonariuszom mniejszościowym była godziwa oraz ustanowienia mechanizmu gwarantującego faktyczne i sprawne jej otrzymanie przez akcjonariuszy mniejszościowych.
  • Cena wykupu jest płacona, w pierwszym kroku, przez akcjonariuszy większościowych do spółki i w drugim kroku, przez spółkę do akcjonariuszy mniejszościowych. Dla określenia momentu utraty uprawnień akcyjnych ważne jest więc nie tylko ile wynosi cena, ale i kto komu ma zapłacić. Niestety, z samego brzmienia tezy uchwały SN, ale już niestety nie z uzasadnienia, można wyciągnąć wniosek, że wystarczające jest zapłacenie ceny wykupu przez akcjonariuszy większościowych spółce. Sąd Najwyższy wskazał, że utrata uprawnień akcyjnych następuje „…z dniem uiszczenia przez akcjonariuszy większościowych ceny…”. Można to rozumieć, w taki sposób, że do tej zapłaty dochodzi z momentem, gdy cenę wykupu określoną przez biegłego otrzyma spółka, a nie akcjonariusze mniejszościowi. Skutkiem tego, można przyjąć, że gdy akcjonariusze większościowi zapłacą cenę wykupu do kontrolowanej przez siebie spółki, której akcje przymusowo wykupują, to z tym momentem akcjonariusze mniejszościowi tracą status akcjonariuszy. Innymi słowy, tracą własność swoich akcji, mimo że nie dostali jeszcze zapłaty. Zamiast rozliczenia „z ręki do ręki” (giełdowe delivery vs. payment) mielibyśmy nabycie akcji przez większościowych i czekanie przez wykupionych (ale niezapłaconych!) na łaskę spółki, która powinna kiedyś zapłacić. Spółka jednak motywacji do zapłaty specjalnych nie ma, bo jej właściciele (akcjonariusze większościowi) dużo wcześniej dostali to co chcieli.
  • Skoro akcjonariusze większościowi de facto wybierają biegłego, bo to oni kontrolują walne zgromadzenie, to właśnie oni powinni ponosić konsekwencje wadliwości jego wyceny. Z tym zdaniem nie sposób się nie zgodzić. W osłupienie wprawia jednak dalsza część wywodu. Pamiętając, że SN uznał, że zapłata ceny wykupu ustalonej przez biegłego wyklucza akcjonariuszy mniejszościowych ze spółki, nie sposób uznać za logiczne stwierdzenia SN że: „Taka interpretacja przeciwdziała pokusie wyznaczenia biegłych, którzy mogliby zaniżać ceny akcji, a akcjonariusze większościowi nic by nie ryzykowali, mogąc od przymusowego wykupu odstąpić po ustaleniu przez sąd rejestrowy realnej ceny wykupywanych akcji”. Jest dokładnie odwrotnie. Interpretacja zastosowana przez SN zaprasza wprost do nadużyć. Skoro po zapłacie ceny wyznaczonej przez „swojego” biegłego akcjonariusze większościowi są uwolnieni od ciężaru niechcianej mniejszości, to w ich najlepiej pojętym interesie jest jak największe zaniżenie ceny wykupu. Rzucimy wam ochłap, a jak się wam nie podoba to sobie idźcie do sądu!
  • Prawdziwą perłą wywodu SN jest następujące zdanie: „ 418 KSH zawiera przepisy szczególne, z czego wynika nie tylko konieczność ich ścisłej wykładni (…), ale również obowiązek takiej interpretacji innych przepisów, aby postępowanie w przedmiocie zakwestionowania ceny akcji (…) nie prowadziło do opóźniania skuteczności przymusowego wykupu akcji przez akcjonariuszy większościowych”. Teza słuszna, ale nie sposób dociec, jak doprowadziła do wniosku w postaci tezy orzeczenia. Jeśli przyjąć, że w ocenie SN, akcjonariusz mniejszościowy traci akcje w momencie gdy spółka otrzyma cenę wykupu od akcjonariuszy większościowych. Wykup będzie skuteczny, gdy akcjonariusz większościowy przejmie 100% akcji, co nastąpi przed lub w toku postępowania przed sądem rejestrowym. Po raz kolejny dla SN liczy się tylko to by większościowi mogli skutecznie przejąć akcje wykupywane, a poza jakakolwiek uwagą pozostaje kwestia zapłaty godziwej ceny dla akcjonariuszy mniejszościowych.

SN nie wskazał wobec których przepisów art. 418 KSH jest przepisem szczególnym. Zawsze wydawało mi się, że jest regulacja dotycząca pozbawienia własności, a więc wartości konstytucyjnie chronionej. Nic bardziej błędnego, zdaniem SN, skoro jest to szczególna regulacja i (jak wskazano punkcie 1) jej celem jest szybkie pozbycie się mniejszości, to wszystkie chwyty są dozwolone i nic nie może stać na przeszkodzie skutecznej eksterminacji. Czekam z niecierpliwością na kolejne szczególne i wyjątkowe ustawy rozprawiające się w podobny sposób z innymi konstytucyjnie chronionymi prawami. Na pierwszy ogień niech pójdzie pójść życie i zdrowie mniejszości, których ochrona haniebnie opóźnia np. rozwój przemysłu. Przecz z ograniczeniami!

Przepisy o przymusowym wykupie nie są doskonałe i budzą wątpliwości. Sama sytuacja „wyciskania” jest rodzi konflikt wartości i interesów. Ten spór powinien być rozstrzygany z poszanowaniem różnych optyk i punktów widzenia. Niestety to orzeczenie jest tego idealnym zaprzeczeniem.

 

[1] uchwała Sądu Najwyższego z dnia 14 września 2016 r., III CZP 39/16

 

Spektakularne emisje akcji „rolnych” spółek

Sugar beet plants rows. Worm's viewNa liście bubli legislacyjnych trwa zażarta walka o prymat. Sytuacja zmienia się dosłownie z godziny na godzinę. I to jest jedyny powód dla którego nie napiszę, że ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego utrzymała pierwszą pozycję. Na pewno jest jednak w czołówce.

Pozornie proste pytanie: czy ustawa ma zastosowanie do emitowania akcji przez spółkę, która jest właścicielem nieruchomości rolnej („spółka rolna”)? Jeśli tak – już robi się gorąco – to jak stosować do takiej emisji przepisy mojej ulubionej ustawy? Bardzo rzetelną analizę tej kwestii przeprowadził Jan Stranz w ostatnim PPH[1].

Istnienie problemu nie jest oczywiste. Moim zdaniem, twórcy ustawy nie zdawali sobie sprawy, jakie konsekwencje mają jej zapisy. Agencja Nieruchomości Rolnych („Agencja”) może złożyć oświadczenie o nabyciu nieruchomości zbywanej w wyniku zawarcia umowy innej niż umowa sprzedaży [art. 4 ust. 1 pkt 1) ustawy]. Jednocześnie przepis ten odpowiednio stosuje się do nabywania udziałów i akcji w spółce rolnej. Czy te przepisy mają zastosowanie również do emitowania akcji? Autor wskazuje, że w całym procesie emisyjnym dochodzi do zawarcia umowy pomiędzy spółką-emitentem a inwestorem (przyszłym akcjonariuszem). Umowa objęcia akcji (umowa subskrypcyjna) jest zawierana w ramach subskrypcji prywatnej. Istnienie umowy przyjmuje się również w przypadku subskrypcji zamkniętej i otwartej. Relacja pomiędzy inwestorem składającym zapis i spółką, która przydzieliła mu akcje jest relacją umowną. W każdym przypadku emisji akcji mamy więc umowę, która jest umową inną niż umowa sprzedaży, a na jej podstawie inwestor staje się właścicielem akcji. To prowadzi Autora do stwierdzenia, że w przypadku każdej emisji akcji dokonywanej przez „spółkę rolną” Agencji przysługuje prawo do złożenia oświadczenia o nabyciu akcji nowej emisji. Agencja staje się więc nowym graczem w procesie emisyjnym każdej „spółki rolnej”. Nieważne czy prywatnej, czy należącej do Skarbu Państwa lub samorządu. Każdej. Na deser pozostaje sankcja. Nabycie (a tu właściwie objęcie) akcji dokonane niezgodnie z przepisami ustawy jest nieważne.

Pozostaje więc analiza tego w jaki sposób uprawnienie Agencji ma zostać zrealizowane. Autor kolejno analizuje:

  • Zawarcie warunkowej umowy objęcia akcji, gdzie warunkiem byłoby niewykonanie prawa do nabycia akcji przez Agencję. Problem w tym, że art. 431 § 6 KSH wprost zakazuje obejmowania akcji pod warunkiem. Nie można ominąć tego przepisu twierdzeniem, że ustawa jest regulację szczególną wobec KSH.
  • Złożenie przez spółkę warunkowej oferty objęcia akcji. Takie podejście rozwiązuje problem zakazu obejmowania akcji uzależnionego od warunku. W takim przypadku objęcie akcji będzie bezwarunkowe, a warunek będzie ograniczał jedynie możliwość przyjęcia samej oferty. Jednak trudno wyobrazić sobie w jaki sposób Agencja miałaby w takim modelu wykonać swoje prawo i objąć akcje nowej emisji. Oprócz tego, w przypadku subskrypcji zamkniętej i otwartej kolejny złośliwy przepis, tym razem art. 437 § 4 KSH, uniemożliwia zastosowanie takiej konstrukcji.
  • Zaoferowanie akcji w pierwsze kolejności Agencji. W ocenie Autora ten sposób jest najbezpieczniejszy prawnie i wymaga jedynie odpowiedniego ukształtowania uchwały emisyjnej. Cel ustawy jest najpełniej i najprościej realizowany.

To oczywiście jedynie początek problemów i wątpliwości. Jeśli przedstawiona interpretacja zostanie zaaprobowana, to czeka nas wysyp niebanalnych emisji. Szczególnie czekam oczywiście na publiczne oferty respektujące prawo Agencji do objęcia nowych akcji. Drugie pytanie, to ile spółek rolnych do tej pory przestrzegało tych przepisów? W każdy razie, będzie się działo!

[1] Jan Stranz, Wpływ nowelizacji ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego na procedurę podwyższania kapitału zakładowego spółki akcyjnej, Przegląd Prawa Handlowego 12/2016

Moment zawarcia umowy o administrowanie zabezpieczeniami obligacji

Penang Street Art

Prawnicy są niezawodni. Jeśli jest choćby minimalna szansa na wymyślenie czegoś głupiego, to zawsze można na nich liczyć. Niestety także na moim ulubionym poletku obligacyjnym.

Zabezpieczenie obligacji zastawem lub hipoteką wymaga ustanowienia administratora zabezpieczeń. Tą zaszczytną funkcję można uzyskać poprzez zawarcie z emitentem odpowiedniej umowy. Pytanie jest proste: kiedy powinna zostać zawarta umowa o administrowanie zabezpieczeniami? Zdroworozsądkowa kolejności – potwierdzona praktyką – jest następująca:

(1) uchwała emisyjna (zaczynamy tworzyć obligację);

(2) umowa o administrowanie zabezpieczeniami (umawiamy się, że będziemy zabezpieczać powstające obligacje);

(3) ustanowienie zabezpieczeń (zawarcie umów, oświadczenia, odpowiednie wpisy);

(4) oferowanie obligacji (inwestorzy dostają propozycje nabycia zabezpieczonych papierów, a nie obietnicę zabezpieczenia);

(5) przydział obligacji (już zabezpieczonych).

I tak sobie to funkcjonowało i w znacznej części dalej funkcjonuje.

Z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn w ustawie o obligacjach znalazły się jednak przepisy, które stwierdzają, że przed rozpoczęciem emisji obligacji emitent jest obowiązany zawrzeć w formie pisemnej pod rygorem nieważności umowę z administratorem hipoteki[1]. Żeby było śmieszniej, takiego ograniczenia nie ma w odniesieniu do administratora zastawu. Jeśli zabezpieczeniem obligacji jest tylko zastaw rejestrowy to obowiązkowe jest ustanowienie administratora zastawu, na podstawie umowy między emitentem a administratorem[2]. Mamy więc problem, co się stanie jeśli taka umowa o administrowanie zabezpieczeniami lub hipoteką zostanie zawarta w trakcie emisji, albo już po?

Moim zdaniem, właściwie odczytany przepis art. 31 ust. 4 lub art. 29 ustawy o obligacjach wskazuje jedynie najwcześniejszy moment zawarcia umowy o administrowanie zabezpieczeniami[3]. Przepis ten określa jedynie pierwszy możliwy moment zawarcia umowy o administrowanie zabezpieczeniami. W tym sensie wyraz „przed” powinien być odczytywany, jako „nie wcześniej niż”. Emitent i administrator zabezpieczeń mogą taką umowę zawrzeć jeszcze przed emisją. Z oczywistych względów umowa ta musi odwoływać się do konkretnej emisji i być z nią powiązana.

Nic nie stoi jednak na przeszkodzie by taka umowa została zawarta w trakcie emisji (np. po podjęciu uchwały emisyjnej), bezpośrednio po jej zakończeniu (np. tydzień po przydziale obligacji), ale również w trakcie trwania obligacji (np. rok po emisji, a dwa lata przed terminem wykupu), czy nawet po terminie wykupu wskazanym w warunkach emisji (umowna restrukturyzacja zadłużenia poprzez ustanowienie nowych zabezpieczeń, albo nawet administrowanie zabezpieczeniami po restrukturyzacji sądowej). W takim kierunku rozwinęła się polska praktyka emisyjna, dopuszczająca by umowa o administrowanie zabezpieczeniami była zawierana w różnych momentach, w tym w dużej liczbie już po emisji obligacji.

Za takim rozumieniem tego przepisu przemawia przede wszystkim interpretacja celowościowa. Administrator zabezpieczeń wykonuje prawa i obowiązki wierzycieli, jakimi są obligatariusze. Ustanowienie administratora umożliwia ustanowienie zabezpieczenia, istnienie zabezpieczenia i jego ochronę, a na koniec realizację, a nawet egzekucję zabezpieczenia. Administrator zabezpieczeń działa w interesie i na rzecz obligatariuszy. Jego istnienie jest więc kluczowe dla właściwej ochrony ich praw. Jaki więc sens i w czyim interesie byłoby tak rygorystyczne odczytywanie przepisu, prowadzące do umożliwienia ustanowienia administratora po emisji? Taka wykładnia nie tylko nie chroni żadnych interesów, ale działa wbrew interesom wszystkich zainteresowanych, czyli i emitenta i wierzycieli (obligatariuszy). Już tylko z tego powodu powinna być odrzucona.

Wprowadzenie do polskiego porządku prawnego instytucji administratora zabezpieczeń miało na celu zwiększenie elastyczności instytucji obligacji zabezpieczonych i zwiększenie bezpieczeństwa obrotu dla wszystkich jego uczestników. W momencie emisji obligacji emitent i inwestorzy (przyszli obligatariusze) nie są w stanie przewidzieć zdarzeń przyszłych, takich jak np. kondycja finansowa emitenta i rynku za dwa lata. Brak lub ograniczona ilość zabezpieczeń może być wystarczająca w momencie emisji. Jednak po pewnym czasie sytuacja może się zmienić i dodatkowe zabezpieczenie, nieprzewidziane w warunkach emisji mogą okazać się konieczne. Wymaga to zmiany, albo nawet zawarcia nowej umowy z administratorem zabezpieczeń. Niemożliwe jest jej zawarcie „przed emisją”, bo miała ona już miejsce.

Co więcej, sama ustawa o obligacjach przewiduje możliwości ustanawiania administratora zabezpieczeń już po emisji. Do administratora zabezpieczeń, a w tym do administratora hipoteki odpowiednio stosuje się przepisy dotyczące banku-reprezentanta[4]. Przepisy te wprost wskazują możliwość zmiany administratora zabezpieczeń już po emisji i określają zasady zawierania nowej umowy o administrowanie. W konsekwencji, sama ustawa przewiduje wprost zawieranie umów o administrowanie już po emisji obligacji.

Trzymanie się wykładni „przed emisją, albo nigdy!” prowadzi wprost do zakazu dobezpieczania obligacji lub zabezpieczenia obligacji pierwotnie niezabezpieczonych. Wprowadzania tak drastycznych i absurdalnych ograniczeń swobody umów, na tak wątłej podstawie prawnej jest niedopuszczalne.

 

 

 

[1] art. 29 i art. 31 ust. 4 ustawy o obligacjach

[2] art. 4 ust. 4 ustawy o zastawie rejestrowym i rejestrze zastawów

[3] Wszystkie dalsze uwagi mają zastosowanie również do administratora hipoteki

[4] art. 80 ust. 2-5 u.o. w zw. z art. 29 u.o. zdanie ostatnie

Wartość akcji nie zależy od jej nominału!

Set of wooden pinocchio puppet dollsNie jestem naiwny i wiem, że działalność polityczna często wymaga oszczędnego gospodarowania prawdą. Roztaczanie iluzji nijak mających się do rzeczywistości może mieć fatalne skutki. Znakomitą ilustracją tej tezy jest ostatnie wystąpienie Ministra Energii Krzysztofa Tchórzewskiego.

Część dyskusji sejmowej była poświęcona działaniom Skarbu Państwa w PGE. Jednoznacznie negatywne komentarze wzbudziła decyzja walnego zgromadzenia PGE, które głosami Skarbu Państwa przesunęło środki z kapitału zapasowego na kapitał zakładowy, podnosząc wartość nominalną każdej akcji. Pozornie nic złego się nie dzieje. Tu czy tam wszystko pozostaje w kapitałach własnych. Pozornie, bo trzeba tylko zapłacić podatek dochodowy. Tak się składa, że Skarbowi Państwa. W przypadku PGE wyszło tego trochę ponad 109 mln zł. Mówiąc wprost, każdy z akcjonariuszy ma dokładnie tyle akcji ile miał, reprezentują one dokładnie taki sam ułamek kapitału. Tylko Spółka jest uboższa o wartość podatku, który wpłaca do budżetu państwa. Jeden akcjonariusz dostaje grube miliony, a pozostali nie dostają nic.

W PGE zgłoszono sprzeciwy do uchwały, więc mam nadzieję, że pozwy o jej uchylenie zostaną złożone, a sądy przeanalizują czy aby takie działania nie krzywdzą akcjonariuszy mniejszościowych i samej spółki.

Tymczasem w Sejmie minister zapowiedział kontynuowanie takich działań także w innych spółkach. „Jeżeli mówimy, że będzie to kosztowało 10 mld zł, ale jednocześnie wartość nominalna spółek, która z punktu widzenia wyceny giełdowej niezwykle mocno wpływa na wartość giełdową akcji danych spółek, wzrośnie – jeżeli w przestrzeni kilku lat to zrobimy, o ponad 50 mld zł” – zaznaczył. Według niego to działanie ma doprowadzić do tego, aby spółki Skarbu Państwa „były stabilne, nie podlegały zachwianiom„.

Może to nudne, ale innej drogi nie ma. Należy powtarzać to aż do skutku. Nie ma żadnego powiązania pomiędzy nominałem akcji i jej wartością. Nominał akcji w żaden sposób nie jest brany pod uwagę przy wycenie spółki, ani ocenie jej wiarygodności kredytowej. Zwiększenie nominału akcji z środków własnych nie zwiększa wartości spółki, ale ze względu na odprowadzony podatek zmniejsza ją. W krótkim terminie na takiej operacji zarabia tylko jeden akcjonariusz – Skarb Państwa, tracą wszyscy inni i sama spółki, bo jej majątek zmniejsza się. W dłuższej perspektywie tracą wszyscy bo wartość spółki maleje. W spółce giełdowej ta perspektywa skraca się dramatycznie, bo sama zapowiedź przeprowadzenia takiej operacji załamuje kurs.

Mogę zrozumieć chciwość akcjonariusza większościowego. Nawet jeśli jest Skarbem Państwa. Ale uzasadnianie wygodnego dla siebie twierdzenia w sposób obrażający inteligencję słuchaczy to coś więcej niż przesada. Szczególnie jeśli słowa takie padają z ust przedstawiciela naszego Państwa.

 

 

 

 

 

Wezwanie na certyfikaty słynnego BPH FIZ Sektora Nieruchomości

SONY DSC

SONY DSC

Niecodzienny obrót przybiera sprawa likwidowanego BPH FIZ Sektora Nieruchomości. Na początku roku po rynku przetoczyła się informacja, że ten dzielny fundusz z każdych powierzonych mu 100 złotych po 11 latach wygospodarował aż 67 groszy! Nie znaczy to, że zarobił tylko 67 groszy, ale że z każdych 100 zł zainwestowanych w fundusz 11 lat temu mamy dziś 67 groszy. Zestawiając ten wynik z innymi tuzami rynku można jedynie stwierdzić, że prawdopodobnie lepszą inwestycją był nawet Amber Gold.

Trudno dziwić się inwestorom, którzy chcą dochodzić odszkodowań. A jest od kogo. Głównym zainteresowanym jest oczywiście grupa  GE. Wydaje się, że starania poszkodowanych przynajmniej w części okazały się skuteczne, bo ogłoszono właśnie „wezwanie” na certyfikaty feralnego funduszu.

Od strony prawnej, to ogłoszenie jest  publicznym zaproszeniem do składania ofert sprzedaży certyfikatów. Taką – opisywaną już przeze mnie – konstrukcją wypełnia się lukę spowodowaną brakiem przepisów umożliwiających ogłaszanie dobrowolnych wezwań na sprzedaż papierów wartościowych.  By zapewnić wszystkim zainteresowanym dostęp do takiej oferty wzywa się ich do składania ofert. Dla wygody stosuje się formularze. Wzywający zbiera oferty, które na koniec przyjmuje i w ten sposób zawiera z oferentami umowy sprzedaży. Rozliczenie przeprowadza się za pośrednictwem domu maklerskiego.

Proponowana w tym wezwaniu cena to 60,92 zł. Przyjęcie takiej propozycji przez właściciela certyfikatów oznacza zredukowanie straty rzeczywistej do 40%. To już coś. Z drugiej strony, oznacza to pożegnanie się z odszkodowaniem za utracone korzyści – fundusz miał przecież przynosić zyski (osławione stabilne zyski z nieruchomości!). Droga do jego uzyskania jednak daleka i najeżona przeciwnościami.

Pozytywnym aspektem całej sprawy jest to że pojawia się możliwość polubownego rozwiązania problemu. Poszkodowani będą mogli uniknąć przyjemności procesów sądowych, a druga strona nie idzie w zaparte i dostrzega fakt że może nie wszystko w tej sprawie przebiegało idealnie. Cena też nie musi być ostateczna, choć ogłoszenie zawiera przeciwne zastrzeżenie. Doświadczenia ostatnich lat wskazują, że często pierwsza cena jest raczej zaproszeniem do dalszych negocjacji.

 

 

 

 

Dywidendy w Actionie póki co nie będzie

Giudice - graffitiAction S.A. przeżywa poważne trudności finansowe i dąży do zawarcia układu z wierzycielami. Jeszcze w czerwcu nic nie wskazywało, że restrukturyzacja będzie potrzeba, a spółka zdecydowała się na wypłatę dywidendy. Walne zgromadzenie 23 czerwca uchwaliło przekazanie części zysków spółki akcjonariuszom. Termin wypłaty dywidendy ustalono na 5 października. Tymczasem 1 sierpnia otwarto postępowanie sanacyjne spółki.

Czy w takiej sytuacji dywidenda zostanie wypłacona?

Prawo do udziału w zysku spółki jest podstawowym prawem akcjonariusza. Za wniesienie wkładu do spółki akcjonariusze mają prawo do partycypacji w jej zyskach. Prawo to jest jednak abstrakcyjne i samo w sobie nie może stanowić podstawy do żądania od spółki zapłaty jakiejkolwiek kwoty. By akcjonariusz mógł żądać zapłaty dywidendy spółka musi przede wszystkim wypracować zysk[1]. Sam zysk jednak nie wystarcza.  Potrzebna jest jeszcze uchwała walnego zgromadzenia o podziale zysku i przeznaczeniu go na dywidendę. Taka uchwała w spółce publicznej musi wskazywać: 1) kwotę dywidendy, czyli ile zysku spółki przypadnie akcjonariuszom, 2) dzień dywidendy, czyli kiedy trzeba być akcjonariuszem, żeby otrzymać dywidendę, 3) termin wypłaty dywidendy, czyli dzień w którym osoby uprawnione otrzymają dywidendę (uprawnieni w momencie otrzymania nie muszą już być akcjonariuszami, konieczne jest jedynie by byli nimi w dniu dywidendy). Maksymalny termin wypłaty dywidendy nie został w przepisach określony.

Dopiero wypracowanie przez spółkę zysku, wykazanie go w sprawozdaniu finansowym, które na dodatek zostało zbadane przez biegłego rewidenta oraz podjęcie przez walne zgromadzenie uchwały o podziale zysku, zawierające wskazane wyżej elementy. W momencie podjęcia uchwały wiadomo jaką kwotę spółka wypłaci akcjonariuszom. W dniu dywidendy wiadomo kto będzie uprawniony do dywidendy. Gdy znane są te dwa elementy, uprawniony akcjonariusz ma prawo żądać od spółki zapłaty. Od strony prawnej dopiero z tym momentem powstaje wierzytelność o zapłatę. Wierzycielem jest osoba uprawniona (akcjonariusz w dniu dywidendy), a dłużnikiem spółka. Abstrakcyjne prawo do udziału w zysku spółki zamienia się w konkretną wierzytelność pieniężną.

Termin zapłaty tego długu spółki przypada na dzień wypłaty dywidendy. Jeśli więc dzień wypłaty dywidendy przypada później niż dzień dywidendy, to do nadejścia dnia wypłaty wierzytelność o zapłatę nie jest wymagalna. Wierzytelność istnieje, ale do nadejścia tego terminu akcjonariusz-wierzyciel w nie ma możliwości jej egzekwowania, a spółka-dłużnik nie jest zobowiązana do wcześniejszej zapłaty. Przed terminem wypłaty dywidendy akcjonariuszowi przysługuje wobec spółki wierzytelność niewymagalna.

Jednym z podstawowych skutków otwarcia postępowania sanacyjnego jest moratorium na spłatę długów. Od dnia otwarcia tego postępowania do dnia jego zakończenia lub umorzenia niedopuszczalne jest spłacanie długów, które z mocy prawa objęte są układem[2]. Jest to równocześnie przywilej, jak i obowiązek dłużnika.

Zasadą jest, że układ obejmuje przede wszystkim wierzytelności osobiste dłużnika powstałe przed dniem otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego[3]. Wierzytelność o zapłatę dywidendy jest więc objęta układem.

Wstępne propozycje układowe Action przewidują m.in. karencję w spłacie zobowiązań do końca 2017 r., umorzenie w całości i spłatę wierzycieli w pełnej wysokości należności głównej w maksymalnie dwudziestu równych ratach kwartalnych płatnych do końca miesiąca następującego po upływie pierwszego kwartału 2018 r.

Możliwe jest uznanie uchwały o podziale zysków za czynność prawną bezskuteczną wobec masy sanacyjnej. Bezskuteczne wobec masy sanacyjnej są czynności prawne, którymi dłużnik rozporządził swoim majątkiem, jeżeli wartość świadczenia dłużnika istotnie przewyższa wartość świadczenia otrzymanego przez dłużnika, a czynność prawna została dokonana w ciągu roku przed dniem złożenia wniosku o otwarcie postępowania sanacyjnego (art. 304 Prawa restrukturyzacyjnego). Uchwała walnego zgromadzenia jest jednostronną czynnością prawną spółki. Uchwała dywidendowa nie jest połączona z żadnym przysporzeniem dla spółki, a jej wykonanie pomniejsza majątek spółki-dłużnika. W takim ujęciu, masa sanacyjna nie jest w ogóle zobowiązana do wypłaty żadnych świadczeń dywidendowych. Wskazany przepis zakłada bezskuteczność czynności prawnej (tu: uchwały) wobec masy sanacyjnej z mocy samego prawa. W efekcie, moim zdaniem jeśli zarządca uzna uchwałę dywidendową za bezskuteczną to nie umieści jej w spisie wierzytelności. Wierzyciel nie umieszczony w spisie ma prawo do sprzeciwu, który rozstrzyga sędzia-komisarz. Jego orzeczenie jest zaskarżalne do sądu.

W efekcie, wkrótce dowiemy się jak do tego problemu podszedł zarządca i jak zareagują akcjonariusze. Niezależnie od przyjętej interpretacji, akcjonariusze Action nie mogą więc spodziewać się, że 5 października na ich rachunkach pojawi się dywidenda.

 

 

 

[1] precyzyjniej: dysponować odpowiednimi środkami pochodzącymi z zysku

[2] art. 252 § 1 w zw. z art. 297 Prawa restrukturyzacyjnego

[3] art. 150 ust. 1 pkt. 1) Prawa restrukturyzacyjnego